Teoria

 
Moim skromnym zdaniem...

Chustowanie nie jest czymś "z innej bajki" czy oderwanym od rzeczywistości - może i powinno stanowić jeden z elementów rodzicielstwa.

Motywacja do noszenia może być różna - dla jednych będzie to potrzeba wolnych rąk, potrzebnych do zwykłych, domowych czynności, możliwość swobodnego wyjścia na spacer z psem lub starszymi dziećmi, ratunek dla obolałego kręgosłupa (tak tak!) lub możliwość szybkiego wyjścia z mieszkania na czwartym piętrze. Czy szybkiego "wyskoczenia" do sklepu podczas ulewnego deszczu.

Chusta dla wielu jest "ostatnią deską ratunku" - tym była początkowo dla mnie i faktycznie, świetnie się jako ta deska sprawdza.

Jednak moim zdaniem, powinien być nieodłączny element wyprawki - jako narzędzie do budowania trwałej bliskości, miłości, dobrego przywiązania, pośrednio jako wsparcie zmęczonego rodzica i cierpiącego dziecka podczas ząbkowania, pomoc w oswojeniu lęków separacyjnych, "rekompensata" za czas rozłąki spędzony w żłobku czy z nianią po powrocie mamy do pracy a nawet - jako element zwiększający szanse na szczęśliwe i długie karmienie piersią.

A być może także dlatego, że jak się ma dziecko w chuście to można wyjść z drugą połową na spacer tak jak w czasach "przed dzieckiem" - trzymając się za ręce? 

Kiedy pojawia się dziecko, w domu tyle się zmienia - nie na lepsze czy gorsze, po prostu na inne. Ale wolne ręce i spokojna głowa to jedne z tych rzeczy, o które warto zadbać od samego początku.

Chusta nie ma być konkurencją dla wózka - już prędzej dla rąk :)
o ile w ogóle dla kogo- lub czegokolwiek.

Tak, można wozić w wózku i nosić naprzemiennie i nie, mama nosząca nie wyklucza taty wybierającego się na spacer z wózkiem i odwrotnie. Każdy opiekuje się dzieckiem tak, jak mu jest najwygodniej, każdy wybiera rozwiązanie dla siebie.

Nie, dziecko noszone w chuście nie będzie "rozpuszczone" - będzie natomiast wiedziało, że mama czy tata nosi je blisko serca, bo je kocha i odpowiada na jego - i/lub swoje - potrzeby. Dzieci, których rodzice nie bronią się przed bliskim kontaktem fizycznym, są często odważniejsze i bardziej śmiałe niż równieśnicy wychowywani z większym "dystansem". A ponieważ mogą być pewne, że na rodzica zawsze można liczyć - będą śmielej odkrywały coraz dalsze terytoria. Prawdopodobnie.


Ale tak - jest pewne ryzyko, że chusta uzależni od noszenia.

Ja się uzależniłam... :)


Ewolucyjnie rzecz biorąc jesteśmy noszeniakami - niemniej dość dawno temu utraciliśmy sierść i nasze "młode" nie mogą już być noszone aktywnie jak np. małpy - nie mają się trzego trzymać. Odruch Moro jest pozostałością odruchu obronnego, podczas którego wystraszony maluch wyrzuca kończyny na boki szukając opiekuna a następnie usiłuje objąć i uchwycić rodzica, który zapewni mu bezpieczeństwo. Sierści już nie ma - ale odruch pozostał, a wraz z nim potrzeba przebywania jak najbliżej rodzica.

Dzieci które dużo płaczą i głośno domagają sie obecności rodzica nie są "niegrzeczne" - są tak naprawdę mądre i ewolucyjnie to takie właśnie "trudne egzemplarze" miały największe szanse na przeżycie.
Pokażcie mi zwierzę, które zostawia swoje młode celowo samo, odseparowane aby się "wypłakało" - przecież w każdym innym świecie, zostałoby pożarte przez drapieżnika, którego ściagnęłoby swoim płaczem, a zapomniane przez rodzica umarło by z głodu lub wyziębienia. Stała obecność rodzica była i jest gwarancją, że dziecko będzie żyło i rozwijało się aż do osiągnięcia pełnoletności czy samodzielności.

Ale spokojnie - na pewno nie będziecie nosić do osiemnastki!
Najwięcej zapewne przez pierwsze miesiace, potem może jeszcze trochę, do roku, być może zamiast popularnego "na barana" - do dwóch czy trzech.
Podczas wakacyjnego wyjazdu nad morze czy w góry. 
No ok, przy dzieciach o naprawdę dużych potrzebach - może będziecie nosić trochę więcej lub trochę dłużej.

Ale tylko tyle albo aż tyle, ile będziecie chcieli. Naprawdę.


Ale konkretnie - od czego zacząć?

Tak, to częste pytanie a odpowiedź na nie wcale nie jest prosta.

Gdybym miała miała szybko doradzić coś w przelocie osobie, która niekoniecznie chce spędzić kilka godzin na forum tylko po prostu "coś kupić", to poleciłabym chustę:

  • 100% bawełnianą,
  • tkaną skośnokrzyżowo,
  • w pasy, z różnokolorowymi krawędziami,
  • o długości 4,6 metra zwanej rozmiarem 6 lub M,
  • używaną, od polskiego producenta.
W ramach uzupełnienia dlaczego tak, a nie inaczej, poniżej objaśniam dla chętnych:

  • Bawełna - uniwersalny materiał, niealergizujący, łatwy w utrzymaniu i pielęgnacji, nadający się na cały okres noszenia (przy odrobinie samozaparcia aby nie kupić i nie wypróbować z czasem czegoś więcej...).

  • Tkanie skośnokrzyżowe - specjalny rodzaj tkania materiału który sprawia, że chusta jest bardzo wytrzymała a jednocześnie dobrze "pracuje".

  • Pasy - o ile kolorystyka jest dowolna i można sobie wybrać ulubione zestawienia - poziomy układ pasów na chuście oraz różnobarwne krawędzie po prostu ułatwiają naukę wiązania i kontrolę np. w lustrze, czy wszystko robimy tak, jak planowaliśmy. 

  • Długość - dobór długości chusty zależy tak naprawdę od dwóch rzeczy - od rodzaju wiązania jakie będziemy stosować oraz od naszych gabarytów. 
Najpopularniejsze długości to 3,6m, 4,2m, 4,6m oraz 5,2m (odpowiednio rozmiar 4, 5, 6, 7 lub S/M/L/XL - ale uwaga! Każdy producent może trochę inaczej intepretować rozmiarówkę...).

O ile za długa chusta to nie jest wielki problem - o tyle za krótka być nie może, bo się po prostu dobrze nie zawiąże.

Długość 4,6 pozwoli na zawiązanie "kieszonki" mamie w rozmiarze M/L oraz tacie w rozmiarze M/L.

Na zawiązanie "kangurka" wystarczy coś krótszego - np przy powyższych gabarytach chusta o długości 4,2m albo nawet 3,6m.

Przy osobach bardzo niskich (typu 155cm) albo bardzo wysokich (typu 180cm) być może rozmiar trzeba będzie skorygować o 1 poziom w dół lub w górę.

  • Chusta używana - chusty to bardzo wytrzymałe "szmaty" - nie ma potrzeby kupowania nowej. Ale oczywiście - można kupić sobie nową :) Kiedyś nowe chusty były bardzo sztywne, twarde w dotyku i wymagały "łamania" - obecnie wiele modeli juz takiego maltretowania nie wymaga, więc pozostaje po prostu wymiar ekonomiczny - używana znaczy tańsza (w większości przypadków).


Jaki rodzaj wiązania wybrać?

I tu też nie ma prostej odpowiedzi, bo wybór wiązania zależy ona od konkretnej pary noszący-noszony.

Moim zdaniem w większości przypadków w przypadku noworodka najlepiej sprawdza się kangurek i/lub kieszonka (wiązania dla chusty tkanej).

Można obydwa wiązania stosować naprzemiennie lub wybrać tylko jedno, najodpowiedniejsze dla siebie.
Są to wiązania do noszenia w pozycji pionowej - choć nie oznaczają one "pionizacji" w fizjologicznym tego słowa znaczeniu.
Są całkowicie bezpieczne i odpowiednie dla zdrowego noszącego i zdrowego noszonego, przy zachowaniu pewnych zasad.

Czasami, z różnych względów, rodzic - najczęsciej mama - wybiera sposób noszenia w poziomie, w tzw pozycji "kołyskowej" - półleżącej, bokiem do rodzica.
I tu również uważam, że przy trzymaniu się pewnych zasad, zaznajomieniu z plusami i minusami tego rozwiązania można je z powodzeniem stosować od narodzin.

Dzieci starsze a co za tym idzie - cięższe, dobrze jest w pewnym momencie "przerzucić" na plecy.

Głównie ze względu na dobro swojego kręgosłupa, ale też widok z pleców może być dla ciekawskich kilkumiesięczniaków ciekawym i nowym doświadczeniem. Moment, w którym dzieci lądują na plecach jest różny - zazwyczaj pierwsze dzieci na plecy "wsadza się" później niż kolejne :). Często są to okolice półrocza. Do noszenia na plecach niepotrzebna jest jeszcze umiejętność siedzenia - za to potrzebna jest odwaga i pewność siebie rodzica.
W noszeniu na plecach dobrze sprawdza się "polecak prosty" - chociaż mimo nazwy czasami sprawia rodzicom troszkę trudności. Ale spokojnie, wszystkiego się można nauczyć!

Jakiekolwiek rozwiązanie wybierzesz dla siebie i swojego dziecka pamiętaj o jednej zasadzie - dzieci nosimy zawsze przodem do rodzica.

To rodzic jest całym światem malucha, daje mu odpowiednie schronienie w przypadku nadmiaru bodźców a jednocześnie nie blokuje możliwości rozglądania się dookoła i poznawania świata.
I naprawdę - jest to pozycja najodpowiedniejsza dla kręgosłupa zarówno dziecka jak i rodzica.
Czasami słyszę od rodziców, że noszą przodem do świata "bo on tak chce", "bo jemu się tak podoba".
Jasne, że się podoba. Tak samo jak dzieciom podoba się, gdy dostają colę do picia i frytki do jedzenia - co wcale nie znaczy, że jest to dla nich dobre i że mamy się na to zgadzać.

Osoby, którym wydaje się, że nie będą wstanie oplątać się tyyyloooma metrami materiału lub po prostu - nie mają na to ochoty - często myślą o czymś prostszym w obsłudze.
I tu pojawia się pomysł na nosidełko.

Z nosidełkami jest wbrew pozorom sprawa znacznie, ale to bardziej znacznie skomplikowana niż z chustami.

Po pierwsze - większość tego co można kupić na rynku pod hasłem "nosidełko" nie powinno być moim zdaniem w ogóle dopuszczone do obrotu, ze względu na sztuczne materiały z których są wykonane, sztywność, która sprawia wrażenie pancerza czy twardego krzesła czy w końcu na swój stopień skomplikowania.
Obejrzyjcie sobie z bliska jakieś "nosidełko" w sklepie dziecięcym - ilość sprzączek, zapięć i pasków często przekracza ilość materiału, który ma faktycznie podtrzymywać dziecko!

Nosidełka "klasyczne" w świecie chustowym często nazywane są "wisiadełkami" - ze względu na to, że dziecko włożone do takiego nosidełka (zazwyczaj - zgodnie z instrukcją producenta - przodem do świata...) buja się na boki i wymaga podtrzymywania lub trzymania za ręce.
Do tego wąski panel w kroku i podczas nawet spokojnego spaceru dziecko podskakuje i macha biernie kończynami - jak zabawkowy pajacyk.

Są jednak na rynku dobre nosidełka - zwane nosidłami ergonomicznymi.
Są wykonane z naturalnych materiałów, są miękkie, często znacznie prostsze w obsłudze i pozycja dziecka w takim nosidle jest faktycznie "ergonomiczna" czyli naturalna, wygodna, wspierajaca rozwój i właściwą pozycję ciała malucha. Ale... Żadne nosidło nie jest w stanie tak dobrze otulić dziecka jak chusta ani tak dobrze dopasować się do rodzica i dziecka, aby równomiernie podtrzymywać i wspierać kręgosłup noszonego. Dlatego nawet dobre nosidła = ergonomiczne, polecam dla dzieci, które posiadają umiejętność samodzielnego siedzenia a jeszcze lepiej - samodzielnego siadania.

Osobiście testowałam wiele nosideł, próbowałam także dopasować coś dla męża - ostatecznie jednak zawsze wygrywała chusta, w naszym przypadku było to rozwiązanie po prostu lepsze i szybsze (!).

Jednak wybór dobrych modeli na rynku jest już dość spory, więc jeżeli uznasz, że nosidło to jest coś dla Ciebie - na pewno trafisz na swój ulubiony model.
Nosidło koniecznie trzeba przymierzyć a kupując przez internet - porównać wymiary nosidła (panela) z gabarytami dziecka. Nosidło nie może być ani za duże, ani za małe, powinno być w miarę możliwości dopasowane co do kilku cm - dlatego właśnie z chustą jest prościej...


Często mówię, że "nośność" chusty to mniej kwestia wiązania, grubości czy szerokosci ale uczucia, jakim się tę chustę darzy.
Tak samo jest z nosidłami - ja np swojego czasu zakochałam się w pewnym nosidle wiązanym zwanym "onbuhimo", które było dla mnie idealne do noszenia starszaka podczas ciąży z młodszą.
Uszyte zostało specjalnie dla mnie na wymiar przez pewną zdolną mamę - to też jest jedna z możliwości - uszycie nosidła tradycyjnego (typu onbuhimo czy mei-tai) dla nas z uwzględnieniem wszelkich wymiarów i preferencji kolorystycznych.


Jednym z bardzo ważnych aspektów chustonoszenia jest oczywiście wspieranie rozwoju noworodków i niemowląt, poprzez utrzymywanie prawidłowej pozycji ciała. Niemniej warto o to wszystko zadbać także przy innych okazjach.

Fantastycznie, jeżeli dzięki trosce noszącego dziecko w chuście będzie miało idealną i naturalną dla siebie pozycję, ale jeżeli w tej chuście będzie przez powiedzmy średnio - godzinę dziennie, a przez pozostałe dziesięć czy i więcej - będzie nieprawidłowo: trzymane na rękach, podnoszone, odkładane, przewijane i przebierane, to dobroczynny wpływ chusty na rozwój malucha niejako się rozmyje...

Wiem, że często elementy prawidłowej pielęgnacji są omawiane czy ćwiczone na szkołach rodzenia - ale też wiem, że albo są to informacje szczątkowe albo jakoś umykają w natłoku nowych zadań po urodzeniu się dziecka - a warto o to zadbać, nawet jak dziecko rozwija się w sposób zupełnie prawidłowy. 

Prawidłowa pielęgnacja
jest jedną z pierwszych rzeczy, o której mówią i którą ćwiczą fizjoterapeuci, jeżeli do takowych się trafia z niemowlęciem z jakiegoś powodu. Bardzo często pewne "lekkie problemy" np. z napięciem mięśniowym czy asymetrią, nie wymagają tak naprawdę wielkich interwencji czy skomplikowanej fizjoterapii - wystarczy codzienna prawidłowa pielęgnacja...

Dobrze, jeżeli zasady prawidłowej pielęgnacji pokaże i przećwiczy z nami fizjoterapeuta, ale samemu też można się zapoznać z tematem np. przeglądając te filmiki instruktażowe:

1.podnoszenie, noszenie i odkładanie dziecka,

2.prawidłowa pielęgnacja podczas przebierania

3.prawidłowa pielęgnacja podczas przewijania.

Wszystkie filmiki ze stron portalu dzielnicarodzica.pl, prezentuje fizjoterapeutka Agnieszka Słoniowska.

Jak ktoś woli zdjęcia i opis lub chce sobie np wydrukować i posiadać wersję papierową - link do bezpłatnego poradnika opieki i pielęgnacji małego dziecka opracowanego przez  fizjoterapeutę Pawła Zawitkowskiego.



stosik

 

Chustomama